SZANTOWE PREZENTY OD SZANTA CLAUSA (III Szanta Claus Festiwal)
Trzecia edycja festiwalu to nie przelewki. Poznański Szanta Claus
Festiwal, który zadebiutował w grudniu 2006 r., zdobył już pewną markę w szantowym światku. A przecież stolica Wielkopolski to nie
jest łatwy teren dla takiego przedsięwzięcia - do niedawna
bowiem żeglarskie śpiewanie gościło tu w ilościach śladowych.
Dwa lata temu Szanta Claus przyniósł poznaniakom w piątek koncert
inauguracyjny w tawernie oraz w sobotę konkurs i główny koncert na Scenie
Rozmaitości. Rok temu przeniósł się z dwoma ostatnimi do Centrum Kultury „Zamek”,
przypomniał sobie o dzieciach, był też „koncert specjalny” na zakończenie
festiwalu. Tegoroczna odsłona imprezy przyniosła kolejne zmiany. Pierwszą z
nich były aż dwa koncerty w Centrum Kultury „Zamek” – w piątek i w sobotę (w
tawernie festiwalowej odbyło się tylko tzw. afterparty).
Drugą - dopuszczenie do sobotniego konkursu wykonawców z całej Polski (przez
pierwsze dwa lata mogli w nim brać udział tylko wykonawcy z województwa
wielkopolskiego i ościennych).
Bez zmian pozostały natomiast inne założenia programowe, w szczególności
niemal całkowita rotacja wśród zaproszonych na festiwal wykonawców.
Przyjezdnych Poznań powitał iście świąteczną atmosferą. Rozświetloną tysiącami
lampek ulicą Święty Marcin przetaczały się różne demonstracje i happeningi – w
tym samym czasie kilkaset metrów dalej odbywały się obrady konferencji
klimatycznej ONZ.
Piątek, czyli szanty i folk
Piątkowy koncert rozpoczął tradycyjnym uderzeniem w dzwon szef festiwalu Maciej
Olszewski. Jako pierwszy na scenę wyszedł poznański zespół Sailor. Doskonale znany miejscowej publiczności z
licznych koncertów w lokalnych pubach właściwie niczym nie zaskoczył.
Charakterystyczny wokal Leszka Walkowiaka, skoczne melodie, kilka hitów znanych
nie tylko w Poznaniu (m.in. Baba ze stali)
– niespodzianką było tylko pojawienie się na scenie Bartosza Liczbańskiego, pierwszego bandżysty
Sailora, ostatnio występującego z zespołem Mohadick. Jak powiedział mi Bartek, był to jednorazowy
występ gościnny. Koncert na dużej scenie teoretycznie
mógł być za to okazją do posłuchania Sailora w
dobrych warunkach akustycznych. No właśnie – mógł być. W zeszłym roku
nagłośnienie w „Zamku” było bardzo dobre, teraz jednak z niewiadomych przyczyn
było z nim momentami znacznie gorzej.
Z dobrej strony pokazał się Klang. Publiczność dobrze się bawiła
przy starych polskich piosenkach marynarskich oraz nowszym repertuarze grupy.
Klang po raz ostatni widziałem ponad rok wcześniej i od tego czasu nastąpiła
mała zmiana w składzie – Łukasza Pawłowskiego zastąpił Mirosław Szpyrka.
Niezły koncert dały Ryczące Dwudziestki. Andrzej Grzela
dodatkowo wcielił się w postać Szanta Clausa – konferansjera. Z kolei na
Janusza Olszówkę czekał na scenie fortepian – rewelacyjnie zabrzmiała Shenandoah z jego akompaniamentem. Poza tym występ
standardowy – raczej znane przeboje, mniej znanych kawałków z nowej płyty
zespół wyraźnie na scenie unika.
Sąsiedzi w Poznaniu
grali swój jubileuszowy 200 koncert. Niestety - Kamil Piotrowski zamiast udać
się na jubileusz, wylądował w warszawskim szpitalu. Na szczęście znalazł się
zastępca – współzałożyciel i pierwszy mandolinista Sąsiadów, Rafał Krzysztoń.
Mimo problemów ze składem oraz nagłośnieniem (brak próby mikrofonowej),
Sąsiedzi zagrali bardzo dobrze. Na naszej scenie jest to bezwzględnie zespół z
najwyższej półki, a takie utwory jak Sigurd,
nie mówiąc o osławionym Johnny I Hardly Knew Ye
są prawdziwymi rarytasami.
Imprezę, która po północy zaczęła się w restauracji „Sphinx”
na Starym Rynku, zapamiętam długo. Świetne towarzystwo najbardziej zagorzałych
fanów żeglarskich śpiewów, a na mikroskopijnych rozmiarów „scenie” kolejne
występy zaproszonych gwiazd, tym razem „na luzie”. Najpierw do wspólnej zabawy
porwał Klang, potem Ryczące Dwudziestki dały krótki popis swoich możliwości
wokalnych, zaśpiewały też kilka „mniej standardowych” rzeczy. Na koniec
Sąsiedzi zagrali to, czego nie zdążyli zagrać na głównej scenie, a całość
zakończył występ Dominiki Płonki, która zaśpiewała solo z gitarą Latarnię Eddystone.
W samo południe, czyli wielki konkurs
Szanta Claus nie mógł zapomnieć o dzieciach. Tym razem z prezentami
(dosłownie!) przybył w sobotni poranek zespół Klang.
Na uczestników muzycznego rejsu czekały nie tylko wesołe piosenki, ale i
niespodzianki w postaci maskotek, rozdawanych przez „majtka
Skowrona” i „majtka Mirka”. Klang w wersji dziecięcej to dużo humoru,
opowieści o morskich rejsach oraz różnych zagadek i zabaw. Na koncercie dla
dzieci załoga pod dowództwem kapitana Sławka Gołąba
wykonała częściowo własne utwory (także z „dorosłego” repertuaru, np. Statek z bananami), niektóre natomiast
zapożyczyła z repertuaru klasyków nurtu dziecięcego – grupy Zejman
& Garkumpel. Mniej więcej w połowie koncertu na
scenie pojawił się dziecięcy zespół taneczny Rego ze Zbąszynia.
Tuż po koncercie dla dzieci, punktualnie w południe, rozpoczął się konkurs.
Wspomniana przeze mnie na wstępie likwidacja „ograniczenia geograficznego”
zaowocowała niesamowitą, jak na warunki naszej sceny, ilością zgłoszeń.
Ostatecznie do konkursu stanęło 15 wykonawców z różnych stron kraju – to
rzadkość, by na konkursowej scenie spotkali się wykonawcy z Gdańska, Warszawy,
Szczecina, Gliwic.
Wykonawców oceniało jury w składzie: Jerzy Porębski (przewodniczący), Agnieszka
Gładyszak-Knychała, Agnieszka Maciejewska, Michał
Nowak, Jolanta Polc, Marzena Rutkowska-Kalisz.
Ostateczny werdykt wynikał z sumy punktów (skala 1-10) przyznawanych przez
poszczególnych członków.
Wygrał zespół oJ taM
z Częstochowy. Co ciekawe, było to czwarte zwycięstwo Justyny i Marka w tym
roku, ale dopiero pierwsza nominacja do udziału w przeglądzie konkursowym „Shanties”. oJ taM nie eksperymentuje
za bardzo – w konkursach wykonuje od wielu miesięcy kilka tych samych utworów.
Drugie miejsce dla Marcina Magdziara.
Zawdzięcza je swoim kompozycjom Amsterdam i Mgła. Podobnie jak w
przypadku oJ taM, sukcesy
Marcina w konkursach zaczęły się od kwietniowych „Szantek”
w Kędzierzynie-Koźlu. Co ciekawe, szefem jury tamtego konkursu był... Jerzy Porębski. Trzecie miejsce dla triumfatorek „Tratwy”,
gliwickiego zespołu Indygo. Obok transowego Jump, Isabel, Slide Water usłyszeliśmy
nowość w ich wykonaniu, Johnny Is a Roving Blade, piosenkę
śpiewaną niegdyś przez zespół Kant. Indygo spodobało się także konkursowej
publiczności, która przyznała zespołowi swoją nagrodę.
Wyróżnienia otrzymali Kamil Badzioch,
czerpiący swój repertuar ze starych śpiewników żeglarskich, oraz Nikola Warda, obdarzona fenomenalnym głosem
jedenastolatka spod Legnicy.
O tym, jak ciekawy był to konkurs, świadczą nazwy zespołów, które nie
zmieściły się na podium. Po rocznej przerwie i przebudowie składu (znakomity
nowy wokalista!) efektownie na scenę powróciła grupa Grogers. Szczeciński Lewiatan, reaktywowany
po jeszcze dłuższej przerwie, zaprezentował się o niebo lepiej niż rok
wcześniej. Zupełnym zaskoczeniem była debiutująca na scenach szantowych kapela z Wrocławia o dziwnej nazwie Pomysły
Znalezione w Trawie. Kilku dżentelmenów w kapeluszach, białe koszule,
szelki, muzycznie – piosenka studencka, dosyć miłe dla ucha granie, ale dla
mnie jednak „inna bajka”. Mocnym punktem niespodziewanego urodzaju solistów
okazał się Rafał Gołąbowski. Pojawienie się na
scenie byłego członka Watersztagów było dla mnie jedną z większych
niespodzianek tego konkursu. Rafał zaśpiewał „z marszu”, na zupełnym luzie dwie
piosenki: poetyckie Moje małe morze oraz Za tych, co... W tej
ostatniej zdążył nawet nawiązać do niedawno otwartego „Starego Portu” w
Chorzowie.
Pozostali wykonawcy nie wyróżnili się zanadto. Niczego nowego nie pokazał Mieszko
Osiewicz. Spory potencjał kryje się w młodej formacji Biały Patyk z
Ostrołęki, choć jest nad czym pracować – wokalnie i
brzmieniowo (bardzo fajne intro niepostrzeżenie
przechodzi u nich w monotonną zwrotkę). Dużo pracy także czeka także duety z
Warszawy – Młode Wyjce i Windjammers.
Płocki Alfabet Morsa po fatalnym występie we Wrocławiu przebudował skład
i efekty są widoczne. Muzycznie jednak nie ma to nic wspólnego z tradycyjnie
pojmowaną szantą, czy nawet piosenką żeglarską.
Sobota, czyli kraina łagodności
Wieczorem przy pełnej sali rozpoczął się koncert dość szczególny. Gdy już
uhonorowano zwycięzców konkursu, a oni sami mogli zagrać, tym razem dla pełnej
sali, gdy po raz pierwszy w historii festiwalu wręczono nagrodę PZŻ dla Targów
Poznańskich, sponsora Szanta Claus Festiwal... na
scenę wyszedł kapitan Waldemar Mieczkowski. Postać to w Poznaniu lubiana
i popularna – co roku wielu poznańskich fanów szant
pływa pod jego komendą na „Zawiszy Czarnym”.
Był on głównym bohaterem koncertu, który można podsumować określeniem „żeglarska
kraina łagodności”. Najpierw bowiem zagrał z
przyjaciółmi (Jacek Jakubowski, Mariusz Kamper,
Jarosław Medyński, Mariusz Wilke), z którymi nagrał
płytę „Ulubione”. Były więc utwory z niej pochodzące,
jak choćby Blues 4 rano. Piosenką Dla Sikora rozpoczęło się też
muzyczne spotkanie z Januszem Sikorskim – sporo jego utworów usłyszeliśmy tego
dnia.
Momentami w zasadzie trudno było się zorientować, jaki zespół występuje na
scenie. Muzycy grali ze sobą w różnych konfiguracjach, pojawiali się kolejni
przyjaciele kapitana. Z pomocą grupy Flash Creep (ta również z przyjaciółmi, z którymi pojawia się
od pewnego czasu – Cezarym Sztendelem i Piotrem
Ruszkowskim) zabrzmiały Blues o Julce Piegowatej
i Do Anioła Stróża.
Po „solowym” występie Flash Creep
po raz ostatni na festiwalu szantowym
zagrała Gdańska Formacja Szantowa. Waldemar
Mieczkowski postanowił bowiem opuścić zespół, jego
koledzy postanowili grać razem dalej jako Formacja. Ze sceny popłynęło wiele
znanych piosenek: Face to Face, Cztery zegary, Regulus, Przeczucie. Po raz ostatni... przynajmniej w tym składzie.
Stare Dzwony w pełnym
składzie kontynuowały tematykę balladowo-poetycką. Wykonały też dwa z bodaj
trzech (trzecim był Cukier w ładowni Flash Creep) tradycyjnych kawałków tego wieczora: Lowlands Low i Chińskiego
żeglarza. Poza tym same ballady i piosenki żeglarskie, w tym nowość ze „stajni”
Andrzeja Koryckiego – Plasterek cytryny i ja. Mocno przedłużony koncert
zakończyły oczywiście „evergreeny” – Gdzie ta keja i Pożegnanie
Liverpoolu.
Po zakończeniu koncertu dało się słyszeć gdzieniegdzie opinie o jego
monotonii. Faktycznie – stylistycznie był dosyć jednolity. Co nie zmienia
faktu, że miłośnicy poetyckiej odmiany piosenki żeglarskiej mieli tego dnia
prawdziwą ucztę.
Niedziela, czyli chóralne szanty
O premierze „Muzyki dawnego pokładu” w wykonaniu Chóru Kameralnego
Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza było w szantowym
światku dość głośno. Jeszcze w dniu premiery padła propozycja zorganizowania
powtórki podczas grudniowego festiwalu. Dyrygent, prof. Krzysztof Szydzisz
zareagował bardzo pozytywnie, co więcej, ostateczna jej organizacja – ponownie
w auli UAM – była w dużej mierze także jego zasługą.
Na pierwszy rzut oka był to ten sam koncert, choć... nie
ten sam. Styczniowa premiera odbyła się w ramach tradycyjnego koncertu
noworocznego, od lat mającego stałą pozycję w kalendarzu kulturalnym miasta.
Ten sam koncert w ramach festiwalu obejrzała znacznie mniejsza publiczność,
ale... nadal liczna. I przede wszystkim świadoma,
jakiej rangi wydarzenie przyszło jej zobaczyć.
Dla tych, którzy jakimś cudem o nim nie słyszeli, krótkie streszczenie.
Chór wykonuje jedenaście szant i pieśni żeglarskich. Jedyną zmianą w porównaniu
do premierowej odsłony byli Wielorybnicy grenlandzcy zamiast Vem kan segla förutan vind?
Całość wzbogacona jest „słowem wiążącym” – opowieściami Marka Szurawskiego o morzu, ludziach morza i przede wszystkim
muzyce morza.
Koncert ten był wspaniałym zwieńczeniem III Szanta Claus Festiwal.
Największego i najbardziej efektywnego z dotychczasowych. Wydaje mi się nawet,
że impreza osiągnęła już swój szczytowy rozmach, a zarazem docelową formułę.
Organizowana wyłącznie ze środków sponsorów oraz organizatora – Wielkopolskiego
Okręgowego Związku Żeglarskiego, przy ogromnym zaangażowaniu szefa festiwalu –
wiceprezesa WOŻŻ Macieja Olszewskiego i grupki wolontariuszy pozostaje jedną z
nielicznych tego typu młodą inicjatywą w krajobrazie imprez z piosenką
żeglarską w Polsce.
I jeśli nawet komuś nie do końca przypadł do gustu program tegorocznej
imprezy – z pewnością będzie się dobrze bawił za rok lub dwa. Przecież znowu
przyjadą zupełnie inni wykonawcy...
* * *
O
festiwalu powiedzieli:
Grzegorz
TYSZKIEWICZ: III SZANTA CLAUS w Poznaniu. Wybraliśmy się tam z Kasią na
zaproszenie Macieja Olszewskiego, żeglarza, który mocno wierzy w to, że
marzenia się spełniają. Wymarzył sobie więc kiedyś
festiwal szantowy i od 3 lat pomaga się im spełniać.
Byłem ciekaw, w którą stronę wyewoluowało poznańskie szantowisko.
W pierwszej edycji, 2 lata temu, występowałem tam w potrójnej roli: wykonawcy,
konferansjera i jurora. Challenge był to całkiem spory. Jednak z reakcji
festiwalowych gości wnioskuję, że pozostawiłem po sobie dobre wrażenia.
Jak będzie
w tym roku? Maciej - pomysłodawca i szef festiwalu postawił na „PŁODOZMIAN”. A
to oznacza, że co roku zmienia się garnitur wykonawców i konferansjerów. I
bardzo dobrze! Różnorodność na dobrym poziomie to dobra recepta na sukces.
Koncerty
wieczorne oraz konkursowy odbywały się w sali Centrum Kultury "Zamek"
przy ul. Św. Marcin. Budynek okazały. Ale od zewnątrz wygląda lepiej, niż
wewnątrz. Wnętrze trudno nazwać przytulnym... Szare, zimne marmury,
wielkogabarytowe pomieszczenia itd. Zrozumiałem dlaczego
tak jest po zapoznaniu się z historią budowli. Sala, w której odbywały się
koncerty miała bardzo dobrą akustykę (kasetony na suficie, antypogłosowa
drewniana wykładzina na ścianach). Jednakowoż małe, plastikowe krzesła z
niskimi oparciami na widowni były po prostu niewygodne. Ale: „jak się nie ma,
co się lubi, TO SIĘ LUBI, CO SIĘ NIE LUBI”. Daliśmy
radę!
Pierwszy
koncert poprowadził QNIA – Andrzej z Ryczących Dwudziestek. Z zainteresowaniem
wysłuchałem i obejrzałem wystep poznańskiego SAILORA.
Wyrazy uznania za pół-autorski (bo własne teksty do
zapożyczonej muzyki) program! Ukłony dla instrumentalistów: skrzypaczki i bandżysty. Robili doskonałą robotę.
Trudno to
powiedzieć o akustyku, który albo nie słyszał, albo NIE WIEM, O CO CHODZI. Sala
była dobra, sprzęt nagłaśniający (widziałem) – dobry, instrumenty – dobre,
głosy – w większości – dobre, a ze sceny szedł łoskot. Zapewne chodzi tu o
subiektywny odbiór częstotliwości fal dźwiękowych. Chociaż... Podobne opinie
było słychać z ust innych widzów. Panie akustyku, spieprzyłeś
pan performance zespołom, a wrażenia (całe szczęście, że nie wszystkie) widzom.
Potem
wystąpił KLANG z Rzeszowa. Koncert ładnie przygotowany, poprowadzony, odegrany.
Fajnie Panowie śpiewacie. Z pomysłem, konsekwencją,
energią i jajem. Przyjemnie się Was słucha i ogląda. A potem zaśpiewały Ryczące
Dwudziestki. I tu chwila refleksji. Moim zdaniem zespołowi wyszłoby na dobre,
gdyby był obsługiwany przez własnego akustyka NA KAŻDYM KONCERCIE. Występ wiele
stracił – marnie nagłośniony. I jeszcze jedna uwaga. „If
I were you”, rozgrzewałbym
się, rozśpiewywał przed KAŻDYM większym koncertem (sam tak zawsze zresztą
robię). Szczególnie, kiedy istotą występu jest ŚPIEW, a nie muzyka
instrumentalna. Brak rozgrzewki był słyszalny dla nawet niewprawnego ucha.
Trzeci numer, BITWA POD OLIWĄ... To po prostu NIE WYPADA. Całość utrzymała się
jednak w dobrej strefie stanów średnich. Występu SĄSIADÓW wysłuchałem
częściowo. Byłem już trochę zmęczony i podróżą, łoskotem. Zespół zagrał
PORZĄDNIE. Jak na laureata GRAND PRIX SHANTIES 2008 przystało.
Oprócz wydarzeń scenicznych słuchałem, oglądałem i popatrywałem na
organizację koncertu. Było szybko, sprawnie, zawodowo, skutecznie. Szacoon dla Organizatorów!!!
Po
zamknięciu koncertu udaliśmy się do tawerny festiwalowej. Dolny poziom
restauracji SPHINX Joli i Krzysztofa Polców
zlokalizowanej na poznańskim Starym Rynku. Poczułem się bardzo „zaopiekowany”. Nakarmili, napoili i dobrym słowem podjęli.
A na scenie wystąpili wykonawcy z wieczornego koncertu. Około 2 w nocy – spaaać... W bardzo przyzwoitych warunkach pokoju gościnnego
akademika Politechniki Poznańskiej przy ul. Kórnickiej.
Następnego
dnia posłuchałem koncertu konkursowego. Lubię posłuchać, co nowego w trawie
piszczy, popatrzeć i popodziwiać ludzi, którzy sami lub w zespole tworzą coś
nowego. Największe wrażenie wywarły na mnie występy Nikoli Wardy (młodziutki,
nieoszlifowany kryształek, talent na miarę Georginy
Tarasiuk), Mieszko Osiewicza (kolosalny postep w
śpiewaniu, piękne, męskie głosisko), Rafała Gołąbowskiego
(bardzo fajne teksty i całkiem fajna interpretacja) i
Marcina Magdziara (fajowa gra na gitarze,
interpretacja i całkiem fajne autorskie piosenki). Reszta wykonawców mnie nie
zachwyciła, a ze dwóch lub trzech – nie słyszałem. Wieczorem wysłuchaliśmy
głównego koncertu SZANTA CLAUS. Sala zapełniła się całkowicie widzami
spragnionymi szant. Jako pierwszy wystąpił Waldek Mieczkowski, mój stary, dobry
znajomy z PACKET-owych i SMUGGLERS-owych
czasów. Akompaniowali mu PRZYJACIELE, czyli muzycy z gdańskiej grupy SŁODKI
CAŁUS OD BUBY. W zasadzie rodzina. Prawie. Piosenki ładne, ale jak dla mnie
trochę za spokojne. A potem zagrał FLASH CREEP. Kiedyś, gdy byłem w innym
stanie emocji i ducha ich piosenki bardzo mi się podobały za sercoszczypatielność. Teraz lubię ich bardziej energetyczne
utwory. I wsłuchuję się w teksty piosenek z nowej płyty. I czepiam się ich po
cichu. A w realu podziwiam talent Izy: i graczy, i
śpiewaczy, podziwiam głos Maćka. Jak wino: im więcej na grzbiecie, im dalej w
czasoprzestrzeń, tym bardziej ten głos jest rasowy, tym bardziej wiarygodny. Podziwiam perfekcję wykonania, podziwiam
pomysłowość.
Potem
wystąpiła GDAŃSKA FORMACJA SZANTOWA – po raz ostatni w składzie z Waldkiem. Tak
bywa: coś się zaczyna i coś się kończy... Lubię ich autorskie dzieła. A
piosenka PRZECZUCIE stawia mi za każdym słuchaniem resztę włosów na głowie i
wszystkie – na rękach i plecach. Jurkiel, SZACUN
wielki za Twe piosenki. A na nową muzyczną drogę – pomyślnych wiatrów!
No a potem
zagrały STARE DZWONY. To jednak klasa sama w sobie i dla siebie. Oni nie muszą
nikogo ani niczego udawać. Energia, zabawa, luzik,
wirtuozeria, zawodowstwo, FENOMENALNY kontakt z publicznością. No, po prostu
ekstraklasa! Nowa piosenka Andrzeja Koryckiego o rejsie w towarzystwie
plasterka cytryny po powierzchni whisky w szklance oczarowała nas. I
publiczność. Aaaa!!! Akustyka tego dnia była o niebo
lepsza, niż poprzedniego. Łoskot nie występował, a słowa piosenek były
zrozumiałe. Zakładam, że akustyk tego dnia był w lepszej formie...
Po
zakończeniu koncertu poszliśmy znowu do tawerny festiwalowej. A tam znowu:
nakarmili, napoili, dobrym słowem pogłaskali. Dałem się namówić na zaśpiewanie
kilku piosenek. Z wielką przyjemnością zresztą. Śpiewali wszyscy siedzący w
nabitej ponad granice pojemności tawernie. Fajowo
było!
Pięknym zakończeniem
III SZANTA CLAUS-a był koncert, który odbył się w niedzielę w auli Uniwersytetu
A. Mickiewicza. Program nosił tytuł: PIEŚNI MORZA „MUZYKA DAWNEGO POKŁADU”.
Pieśni interpretował chór kameralny UAM kierowany przez Krzysztofa Szydzisza. O pieśniach, marynarskich zwyczajach,
marynistycznej kulturze i tradycji opowiadał, śpiewał, grał na koncertinie, kościach i TAŃCZYŁ niezrównany Marek Szurawski. Atmosfera i wystrój auli, wysoki poziom
prezentowany przez chór, ciekawe aranżacje pieśni, arcyciekawy, dowcipny i
inteligentny komentarz-gawęda Marka złożyły się na NIESAMOWITE wydarzenie
kulturalne, za które widzowie podziękowali wykonując „standing ovation”. Wyrazy najwyższego uznania dla Waszej pracy!!!
Koncert był najpiękniejszym zakończeniem festiwalu, jakie dane było mi przeżyć.
Macieju
Olszewski i Ekipo. Możecie być dumni z Waszego festiwalu. Zawodowstwo i
perfekcja w organizacji, starannie przemyślany i dobrany program zaowocowały
zaistnieniem bardzo udanego wydarzenia artystycznego. Zaszczytem dla mnie było
być Waszym gościem. Gratuluję sukcesu i bardzo dziękuję! Pomyślnych wiatrów i
oby: do zobaczenia.